W krajach nowych gospodarek, w tym w Polsce, większość filatelistycznych odkryć jest jeszcze przed zbieraczami. A wraz z nimi nadzwyczajny wzrost wartości niektórych nowo opisanych odmian znaczków…

           W pierwszej połowie XX wieku zbierano przede wszystkim znaczki kasowane, najczęściej całej Europy lub nawet całego świata. Wbrew powszechnym odczuciom, tylko nieliczni gotowi byli na zainwestowanie w to większych pieniędzy, a znaczki czyste, próby i kompletne listy zbierała wąska elita. Za to mnóstwo osób zaangażowanych było w pozyskiwanie towaru do handlu. Młodzież, pracownicy kancelaryjni i drobni urzędnicy wycinali z korespondencji miliony znaczków, które sprzedawali na wagę firmom filatelistycznym. Wszystkie je trzeba było potem odmoczyć, posegregować i przygotować do sprzedaży detalicznej lub w pakietach.

           W latach sześćdziesiątych, cały ten wielki fragment rynku przejęły w większości krajów poczty. Agresywne propagowanie zbierania, coraz ładniejszych, nowych wydań zaczęło przynosić im znaczne dochody. Za wkładane do klaserów znaczki nie musiały też świadczyć żadnych usług poacztowych. Szybko rosła liczba zbieraczy, a wraz z nią popyt na wcześniejsze emisje. Powodowało to wzrost cen, co jeszcze dodatkowo zachęcało tysiące ludzi do kupowania nowych znaczków w wielkich niekiedy ilościach. To była klasyczna piramida finansowa gdzie ci, którzy dostatecznie szybko sprzedali swoje „zbiory” zarobili, a cała reszta musiała ponieść straty. „Balonik” pękł w latach osiemdziesiątych.

Chiny hitem

W Polsce mieliśmy dużo szczęścia. Nasze znaczki z lat sześćdziesiątych są ładne i można je do dziś sprzedawać do zbiorów tematycznych. Wśród państw, których nowe emisje były dostępne w abonamencie takich jak: Kraje Demokracji Ludowej, Niemcy, Francja, Austria, Watykan i inne, kilka znalazło się na ścieżce bardzo dynamicznego rozwoju. Wraz z szybkim bogaceniem się społeczeństwa rosły ceny znaczków. Prawdziwym hitem były wydania Chin Ludowych. Dla przykładu – kupiony za kilkadziesiąt centów blok (1), jedna z pozycji abonamentowych z 1962 roku osiągał już ceny bliskie 15 tys.$, a i dzisiaj po kilku korektach przynosi kilka tys.$.

           Polscy zbieracze zrobili ten wspaniały interes całkiem przypadkowo, gdyż znaczki chińskie były łatwo dostępne w polskich sklepach. Na świecie zaś lokowano w rozwijające się kraje świadomie. Kiedyś kupowano Japonię, potem Koreę i to, że przyszła kolej na Chiny dla wielu inwestorów nie było tajemnicą już w latach siedemdziesiątych. Teraz jest dobry czas na starą Rosję i Polskę, a w kolejce na hossę czekają Indie, Wietnam, Tajlandia i Brazylia.

Obstawiamy kraje

            Tego typu inwestowanie jest technicznie proste. Kupuje się powszechnie zbierane dobre pozycje, najczęściej z lat 1920 -1960, o niskich nakładach i w przyzwoitym stanie. Starannie unikając spekulacyjnych produktów pocztowych dość łatwo je wytypować. Nietrudno uniknąć fałszerstw, a tylko nieco trudniej walorów reperowanych lub w nieco słabszych stanach. Mimo wszystko to lokata ryzykowna, gdyż typując kraje do inwestowania, trzeba dokładnie analizować perspektywy ich rozwoju gospodarczego i społecznego, położenie geopolityczne, zainteresowanie świata ich kulturą i historią, oparcie w dawnej metropolii, czy też prozaicznie - prowadzoną dotąd przez pocztę danego kraju politykę emisyjną. Jeśli uda się trafnie to zrobić, będą zyski, choć z pewnością nie tak spektakularne jak w przypadku Chin, gdzie na gwałtowną zwyżkę cen znaczków wpłynęły przede wszystkim zmiany polityczne - od rewolucji kulturalnej poczynając.

Błędnodruki w cenie

Można jednak inwestować w znaczki absolutnie bezpiecznie, jeśli gotowi jesteśmy przy okazji zbierania poznać nieco bliżej historię swojego kraju czy regionu. Wspomniany na początku artykułu sposób pozyskiwania znaczków do handlu poprzez wycinanie z kopert spowodował zniszczenie większości dokumentów pocztowych i niektóre dość nawet popularne znaczki na kompletnych przesyłkach występują niezmiernie rzadko. Szaleństwo lat abonamentowych nieco ten proceder powstrzymało, ale i tak ocalało niewiele rzadkich walorów.

Najbardziej wytrawni kolekcjonerzy, całkowicie ignorując propagandę poczt, cierpliwie zbierali ocalałą korespondencję, projekty czy próby, dokumentując obieg pocztowy i sposoby druku pierwszych wydań poszczególnych krajów. Kupowali je po bardzo rozsądnych w tym czasie cenach. Eksponaty pokazywali na wystawach i opisywali w licznych publikacjach. Okazało się to fascynujące i świat poszedł tą drogą. Rzadkie listy, historyczne dokumenty pocztowe z okresu przedfilatelistyki, oraz unikalne próby, znaczki, a szczególnie błędnodruki biją dziś rekordy cenowe.

Historyczne ceny

            W jednorodnym eksponacie nie da się ulokować gigantycznych pieniędzy. Do 2014 roku najdroższym walorem filatelistycznym była słynna „koperta z Bordeaux” (2) z Mauritiusu inżyniera Hiroyuki Kanai. W 1993 roku sprzedano ją na szwajcarskiej aukcji za 6,12 mln Sfr. Od 2014 roku rekord należy do znaczka Gujany Brytyjskiej za 1 cent (3). Licytacja w domu aukcyjnym Sotheby's w Nowym Jorku przyniosła 9,5 mln$. Biorąc pod uwagę jego rozmiar i wagę, jest to obecnie najbardziej wartościowy przedmiot w świecie. Wszystkie inne walory są znacznie tańsze. Kilku średnio bogatych zbieraczy jest w stanie zapewnić stabilną cenę najrzadszym walorom danego kraju, a każdy wzrost zainteresowania, czy też bogacenie się zbieraczy powoduje wzrost ich cen. Jest to lokata bezpieczna, choć ze względu na wysokość marży handlowej w tej branży obliczona na dłuższy czas. Przy zaangażowaniu większych środków i bardzo przemyślanych zakupach, można samemu zmienić trend na dany kraj.

W latach 2000-2001 amerykański finansista William H.Gross zainwestował około 2 mln $, w niezbyt chętnie zbierany wtedy kraj - Anglię. Przez dwa lata zbudował fantastyczny eksponat, który w czerwcu 2007 roku zdecydował się sprzedać. Przyniósł mu on ponad 9 mln $, a szlagierem okazał się jeden z dwóch znanych listów z Anglii do Bengalu, opłaconych pierwszymi wydanymi na świecie znaczkami, które w najpowszechniejszej formie są tanie. Opłacony pięcioma dwupensowymi znaczkami angielskimi list (4), kupiony w 2000 roku za około 30 tys. $, przyniósł na aukcji ponad 517,5 tys.$.

W Polsce takiej wyszukanej możliwości inwestowania w znaczki jeszcze nie zauważono. Rynek aukcyjny rozwija się powoli i mało jest wydawnictw popularyzujących najważniejsze polskie walory. Jest to dla budujących kolekcje sytuacja korzystna. Wprawdzie nieco trudniej, zwłaszcza mniej doświadczonemu kolekcjonerowi, zaplanować swój zbiór i dobrać do niego właściwe walory, ale za to jeszcze przez dłuższy czas będzie można kupić wiele pozycji po rozsądnych, standartowych cenach.

Kolekcja specjalistyczna

W miarę gromadzenia coraz większej ilości obiektów, pogłębiania swojej wiedzy o nich, a szczególnie po analizie rzadkości pewnych form ich występowania, można zbudować zbiór specjalizowany. Pozwoli to na uzyskanie dodatkowej premii w postaci znacznego wzrostu wartości walorów wyspecjalizowanych, w stosunku do cen standardowych, po których je kupiono. W krajach, gdzie specjalizacja jest wysoko zaawansowana (na przykład zachodnioeuropejskich) większość rzadkich odmian jest dokładnie opisana. Mają one swoje dość ściśle określone ceny i trudno je kupić taniej. W krajach „nowych gospodarek”, w tym w Polsce, większość tych odkryć jest jeszcze przed zbieraczami, a wraz z nimi nadzwyczajny wzrost wartości niektórych nowo opisanych odmian.

Polskie walory filatelistyczne, są obecnie jednymi z ciekawszych w świecie. W ciągu ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat historia poczty na ziemiach polskich była pasjonująca. Liczne zmiany granic państwowych, wojny, powstania, wreszcie szybki rozwój mają swoje odzwierciedlenie w dokumentacji pocztowej. Jest co zbierać. Mimo licznych problemów społeczeństwo szybko się bogaci. Jest więc też, za co zbierać. Solidnym zabezpieczeniem wzrostu wartości takich zbiorów są liczni emigranci zarobkowi w krajach Unii Europejskiej, którzy szybko się bogacą, a zbieranie staje się dla nich formą łączności z ojczyzną.

Korzyści ze związków z Rosją, Niemcami i Austrią

Paradoksalnie polskiej filatelistyce z okresu XIX wieku bardzo pomagają związki z krajami zaborczymi. To właśnie znaczki tych krajów były pierwszymi obiegowymi na ziemiach polskich. W pierwszej połowie XX wieku bardzo wiele się działo na polskich granicach. Widać to na korespondencji z tych obszarów. Jest wiele wydań lokalnych i obcych na ziemiach polskich poczt. Wszystko to poszerza krąg zbieraczy zainteresowanych wydaniami ilustrującymi te zmiany o filatelistów z krajów ościennych, co stabilizuje potencjalny wzrost cen na takie walory.

Pierwszy polski znaczek drożeje wolniej. Zwykły egzemplarz sprzedawał się na przełomie wieków za około 500-600$ (wyniki z aukcji kolekcji M.A.Bojanowicza z 1999 roku). Dziś bardzo ładny, z pełną oryginalną gumą (5) to w Polsce minimum 5 tys.$ (UWAGA ! – egzemplarze w słabym stanie nie są warte nawet 100$). Potencjalnie najdroższy polski walor to sześciobok wspomnianego powyżej pierwszego polskiego znaczka (6). Najdrożej sprzedana pozycja z ziem polskich to list z Warszawy opłacony pierwszym i drugim znaczkiem rosyjskim (7), za który w październiku 2008 uzyskano na aukcji w Szwajcarii 310,7 tys. €.

Znany w świecie stricte polski błędnodruk – odwrócone (o 180 stopni) postacie bokserów na znaczku z Olimpiady w Melbourne, sprzedano w maju 2007 na aukcji w Warszawie za 28,75 tys.PLN. W ostatniej dekadzie taki sam znaczek (8) często przynosi ponad 20 tys.$.

Moda na kolekcjonowanie ma charakter cykliczny.

            W swojej prawie pięćdziesięcioletniej praktyce handlowej - pierwsze polskie "jedynki" przywoziłem do Polski z Francji na początku lat 70-tych, przeżyłem kilka razy wzrost i spadek zainteresowania zbieraniem znaczków. Każdy taki cykl jest nieco inny i różne typy walorów budzą największe emocje. Są też podobieństwa. Zmiana pokoleniowa - grupę zaawansowanych zbieraczy, którzy ze względu na wiek muszą się rozstać ze swoją kolekcją zastępują nowi. Zawsze zaczynają od budowy zbioru podstawowego, a potem przychodzi czas na specjalizację, wystawy filatelistyczne lub badania historyczne. Ten nowy cykl jest na etapie początkowym, ale tym razem wszystko dzieje się dużo szybciej i zbieraczy, których stać na skompletowanie zbioru Polski jest więcej. Zebranie zbioru podstawowego zajmuje im tylko kilka miesięcy. Mają znacznie więcej pieniędzy niż ich poprzednicy i dzięki internetowi, lepszy dostęp do informacji i rynku. Ci którzy zainwestują pierwsi i dobrze wytypują kierunek zmian zyskają najwięcej.

Podaż ciekawych i rzadkich walorów nie jest obecnie zbyt duża. Koronawirus może sytuację nieco zmienić. Jedni tracą fortuny, inni szukają bezpiecznych lokat. Jest to moment, kiedy powinny zwiększyć się szanse na zakup wspaniałych obiektów do zbiorów.